sobota, 28 marca 2015

Chirurgia

Zajęcia odbywają się raz w tygodniu i trwają 1,5 godziny. Plan ćwiczeń jest skonstruowany w taki sposób, że po zajęciach teoretycznych, w następnym tygodniu mamy zajęcia kliniczne, gdzie powinniśmy podglądać zwinne łapki chirurgów. Nie zawsze jednak jest co oglądać, bo zabiegów jest jak na lekarstwo (albo mam AŻ takiego pecha).
Czego powinnam się JUŻ nauczyć a czego się nauczyłam? Powinnam rzucać nazwami narzędzi jak z rękawa, ale przyznam szczerze, że troszkę, troszeńkę sobie je odpuściłam. Nauczyłam się wiązać kilka pętli i zakładać kilka podstawowych rodzajów szwów, ale to będę musiała jeszcze poćwiczyć. Kiedy zszyję swojego pierwszego banana nie omieszkam się nim tutaj pochwalić!
Ćwiczenia prowadzą anestezjolodzy i chirurdzy. Jakoś po siódmych ćwiczeniach jest pierwsze kolokwium, ale oprócz tego, że jest, to nie wiem o nim nic więcej.

Co będzie potrzebne?

1.Czepek chirurgiczny; mój kosztował około 40 zł, jednorazowe można kupić w Cezalu, kosztują 16 groszy za sztukę. Polecam jednak te kolorowe, ze swoim zdążyłam się już zżyć!


2. Bluza i spodnie chirurgiczne; powiem tak, nie są one niezbędne. Wystarczy dłuższy fartuch, kończący się w okolicy kolana. Wchodząc na salę operacyjną i tak zakładamy na siebie jeszcze jeden fartuch. Sama kupiłam już bluzę medyczną, na spodnie póki co się czaję, bo ceny są z kosmosuuu!
Bluza 115 zł, spodnie 130 zł.


3. Igłotrzymacz; cena od 25 zł; są dwa popularne modele. Jednym z nich jest Hegar, który bardziej przypadł mi do ręki:


a drugi to Mathieu, którego wybrało większość moich znajomych:

,

4. Nożyczki; zwykłe, najzwyklejsze, w Cezalu za 12 zł

5. Pinceta (pęseta) chirurgiczna; od 12 zł


Mając za sobą te wszystkie kursy, na których klepało się w kółko teorię, miło jest mieć choć raz trochę pracy manualnej. W porównaniu z drugim i pierwszym rokiem, ten trzeci wręcz obfituje w zajęcia praktyczne. Szkoda tylko, że wciąż uczymy się wszelkich patologii w teorii, głównie mamy jednak do czynienia ze zdrowymi zwierzętami. Tak, czy siak, jestem podekscytowana, jestę chirurgę!

sobota, 14 lutego 2015

Sesja po V semestrze.

Sesja, sesja i po sesji. Zacznę może od tego, że istnieje całkiem proste wytłumaczenie, dlaczego nie było mnie tutaj przez dłuższą chwilę. Przez większą część czasu nie wiedziałam w co powinnam włożyć ręce w pierwszej kolejności, w każdym tygodniu po świętach miałam ochotę się rozdwoić. Gdyby nie mój naukowy kompan, to z moją organizacją byłoby naprawdę krucho. Chciałam napisać tutaj podsumowanie, podliczyć wszystkie odpowiedzi ustne, kartkówki, kolokwia, ale szczerze mówiąc, to nie chcę już do tego wracać. Pochwalę się jedynie, że udało mi się wszystkie wyżej wymienione zaliczenia upchnąć za pierwszym razem. Co z tego, że znakomita większość to okrągłe tróje. Ten semestr wymagał ode mnie sporego poświęcenia w porównaniu z czwartym, ale nie trzeba posiadać nadprzyrodzone moce by go zaliczyć. Czasem wypada przeznaczyć na naukę trochę nocy, wstać wcześnie rano by utrwalić materiał przed patomorfologią, ale to tak naprawdę nic nowego.

Specjalnie dla P!

Po piątym semestrze jest tylko jeden egzamin z patofizjologii. W tym roku miał on dokładnie 100 pytań abcd (pisaliśmy go 1,5 godziny) i zdawalność była zaskakująco wysoka. Pierwszego terminu nie zdało około 15-20 osób. Drugie terminy/ew. dopytki rozpoczynają się w przyszłym tygodniu. Wszystkim poprawiającym życzę powodzenia!

Kilka dni przed egzaminem spędziłam na "koloniach" u koleżanki z grupy. Rozbiłam patofizjologiczny obóz na jej dywanie i w zasadzie to rzadko opuszczałam swoje nowe królestwo. W nocy przed egzaminem wzięło mnie na prasowanie koszuli, po której zostały już tylko DZIURAWE wspomnienia. (Tak, poszłam w niej na egzamin.)



Przede mną semestr szósty, starszaki trochę straszą, że jest trudniejszy od poprzedniego. Wiem już czego mogę się spodziewać, mam nadzieję, że nie będzie aż tak źle i mimo wszystko znajdę trochę czasu dla siebie. Znalazłam bardzo fajny wolontariat. Jeśli wypali, to dam znać!



Tak bardzo weterynaria.
PS- dokładnie rok temu przy okazji oglądania mojej pracy po egzaminie z biochemii, okazało się, że prof. U nie sprawdził mi wszystkich zadań i zaliczył mi ten egzamin! To były najlepsze wale-n-tynki w moim życiu.