PRAKTYKI KLINICZNE W PRZYCHODNI WETERYNARYJNEJ.

Macie czasem tak, że czujecie jednocześnie ekscytację i przerażenie? Tak opisałabym swoje pierwsze chwile w przychodni, podczas praktyk wakacyjnych. Na szczęście już po kilku dniach została tylko ekscytacja.

Rozmawiałam z moimi znajomymi na temat tego, co udało nam się podczas takich praktyk wykonać. Wiecie, to niby taka zwykła, luźna rozmowa, ale tak naprawdę porównujemy między sobą kto trafił lepiej a kto gorzej. Skoro już o tym mowa, to lepiej się nie narobić czy narobić po pachy? Jak myślicie?

Praktyki kliniczne według regulaminu powinny trwać 160 godzin, czyli w przychodni powinniśmy być 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu przez 4 tygodnie. (Słyszałam, że można negocjować z opiekunem, by wszystko skrócić- pracując po 10 godzin dziennie).  To dużo czy mało? Ile można się nauczyć w miesiąc? *we wakacje po 4 roku trzeba także zrealizować praktyki w ubojni, o czym wkrótce opowiem słów kilka. Niestety, praktyki są nieodpłatne. To uczelnia ma obowiązek zapłacić wybranej przez nas przychodni/ gabinetowi/ klinice.

Na stronie wydziału znajdują się wzory umowy, jaką musimy zawrzeć z wybraną placówką. W tym roku zbieraliśmy grupami takie druki (w dwóch kopiach) wraz ze skierowaniem, które też jest na stronie do pobrania i nasza starościna zabrała je do opiekuna praktyk, który je podbił. Wróciły do nas i wtedy dopiero wybrałam przychodnię. Druk wraz ze skierowaniem (do tej pory nie wiem po co jest ten papierek) zostaje w wybranym miejscu praktyk a kopię musimy zwrócić na uczelnię. Deadline był jakoś do końca maja. Najlepiej pojechać oczywiście osobiście i od razu wziąć pieczątkę, Powinniśmy prowadzić dzienniczek praktyk, w którym musimy odnotowywać jakieś ciekawsze rzeczy, które się działy w przychodni. Podobno nikt tego szczegółowo nie sprawdza, ale być musi. Oprócz tego na koniec musimy poprosić o pieczątki w dzienniczki i o wypełnienie i podbicie opinii. *Druk do pobrania na stronie wydziału.

Zdarzają się kontrole, trafiło nawet na mnie! Opiekun odwiedził przychodnię, kiedy akurat wykonywałam sanację jamy ustnej u psa. Pytał jak sobie radzę, czy nie sprawiam problemów, czy się przykładam i czy przychodzę systematycznie. (Od razu uprzedzę, że nie słyszałam, by zostały wyciągnięte jakieś poważne konsekwencje, jeśli kogoś na praktykach nie zastano. Da się z tego łatwo wytłumaczyć.)

Chodziłam już wcześniej do kilku przychodni by "podglądać" lekarzy weterynarii. Pozwalali mi głównie robić proste rzeczy, jak przeprowadzanie badania klinicznego, podawanie zastrzyków, mierzenie temperatury. Wszystko się odmieniło, kiedy trafiłam do przychodni, w której miałam spędzić następny miesiąc. Od początku poczułam, że panuje tu świetna atmosfera pracy. Wszyscy są wobec siebie serdeczni, pomagają sobie i traktują na równi, bez względu na wykształcenie czy doświadczenie. Nie wstydziłam się prosić o pomoc, bo zawsze ją otrzymywałam. Lekarze i technicy nauczyli mnie dosłownie wszystkiego. Od obsługi systemu kart pacjentów, urządzeń do badań morfologii, biochemii krwi, zakładania wenflonów, pobierania krwi po zabiegi chirurgiczne. Wśród licznych ovariohisterectomii kotek i suk, ropomacicza u suk, trafiła się też sterylizacja króliczycy, osteosynteza, usuwanie listwy mlecznej, guzów, tplo czy amputacja ogona. Pozwolili mi nawet pod koniec wykonywać kastracje i sterylizacje kotek pod ich czujnym okiem! Mogłam też już szyć od pierwszego dnia i muszę przyznać, że na koniec byłam sama z siebie zadowolona, a nie zdarza mi się to często. Dali mi więcej niż musieli, zaufali, czułam to na każdym kroku. Nigdy tego nie zapomnę!

Był to miesiąc ciężkiej pracy, ale zdecydowanie mogę go nazwać przełomowym. Mam wrażenie, że dzięki praktyce na nowo zakochałam się w medycynie weterynaryjnej i nabrałam pozytywnej energii. Widzę, że to wszystko jest warte zachodu.






Komentarze

Popularne posty